Rio Misja. Płeć kobiet

Kolega Podśmiechujek chodził cały wniebowzięty.

- Caster Semenya jest super babeczką! – zachwycał się płonąc – Z najwyższej półki! Postawię ją obok Merkel, Pawłowicz i Grodzkiej…

Znając jego preferencje, nie byliśmy zaskoczeni.

- Ona jest odwrotnie proporcjonalna do Joanny Jóźwik! – Podśmiechujek nie mógł wyjść z podziwu – Nawet pod względem personaliów. Semenya ma męskie imię i kobiece nazwisko, a Jóźwik kobiece imię i męskie nazwisko! Fascynujące…

- Naprawdę! Powiem wam… – Podśmiechujek popatrzył na nasze smętne gęby – Nic wam nie powiem! Idę do ubikacji…

Mikołaj Mika w myślach poszukał dobrej strony.

- Wiecie co? – zapytał retorycznie – Ja to się cieszę, że nie jestem kibicem z RPA. Trudno by mi było świętować sukces Caster Semenyi…

Naszym szczyny popodmieniali

Przykro mi jest niezmiernie, bo nie lubię chlapać moczem. Jednak sprawa jest tak poważna, że nie można jej olać. Podobno jest komisja, która każe cedzić sportowcom do fiolek i potem ów nacedzony płyn jest badany pod kątem środków, czyli koksu.

Natura chciała, by każdy człowiek szczał własnym moczem, ale ze sportowcami jej nie wyszło. Sportowiec potrafi nasikać sikami np. Prezesa od ciężarów, albo nawet szczynami samego Putina tuż po stosunku. I nie ma znaczenia, czy jest to próbka A, czy próbka B!

Pewne jest tylko jedno: gdzieś tu musi być pies pogrzebany! Może chodzi o to, że czyste siki są cenniejsze (i rzadziej spotykane) od stuletniego wina?

Dlaczego czepiają się naszych ciężarowców? Niech dyskwalifikują prawdziwych autorów moczu! Pozwólmy chłopakom spokojnie wypałczać się syfkami! I niech zdobywają medale, bo tego nigdy za wiele!

ŚDM. Obrazek pasterski

Jedna łąka, setki pasterzy, tysiące owieczek… Łąka niezbyt ukwiecona, pasterze zarumienieni, błyszczący i ciepło ubrani. Owieczki wszelkich ras i płci, niektóre zakolczykowane na różne sposoby, wystrzyżone lub nie, sporo wytatuowanych… Wszystkie jakieś takie radosne, chociaż, na oko, trzeźwe. My, barany, wplątaliśmy się w ten tłok i nijak było wycofać się…

Mikołaj Mika obcesowo zatrzymał przebiegającego wolontariusza (chwytem za kołnierz).

- Stój, chłystku i nie wierzgaj! – napomniał go surowo – Mów szybko, gdzie tu można napić się piwa?

Szczyl nie okazał szacunku.

- Jakie piwo, dziadek? Tu nie wolno pić piwa, bo kibli mało! Zaraz byście polowe konfesjonały poobszczywali… Puszczaj, bo śpieszę! Żabojady francuski różaniec organizują…

Mikołaj puścił gnojka i westchnął:

- Ale żenada! Chodźmy poszukać Brata Ladaco. Musi być gdzieś blisko…

Brat Ladaco był całkiem blisko. Chyba kogoś spowiadał, bo słychać było jego tubalny głos:

- Co ty chrzanisz, gówniarzu? Albo wyjawiasz prawdziwe grzechy, albo idź do diabła!

Boję rozbolały nogi. Przysiadł więc w niezajętym konfesjonale, by odpocząć. Natychmiast przyklękła do niego jakaś dziewoja i zaczęła szeptać do kratki. Boja wyskoczył jak oparzony, a oblicze mu poczerwieniało.

- Dziecko drogie! – wykrztusił – Naprawdę to robiłaś? Idź z tym do Brata Ladaco. On uwielbia takie historie!

- Co ona ci powiedziała? – zainteresował się Kolega Podśmiechujek.

- Nie mogę ci powiedzieć. – Boja spojrzał na niego wyniośle - Tajemnica spowiedzi…

Podśmiechujek stracił panowanie nad sobą

- Srajemnica nie tajemnica! – wrzasnął – Świnia jesteś i tyle! Po cholerę mnie tu przyniosło? Czy ja się pisałem na pieśni kościelne? Miały być fajne dni i co? Do dupy z takimi dniami!! Dlaczego Merkel nie przyjechała? – rozżalił się – I Grodzkiej też ani na lekarstwo…

Normalny pocieszająco poklepał go po pleckach

- Idź przepatrzyć jadłodajnie – poradził mu – może chociaż Pawłowicz znajdziesz?

Tymczasem Bratu Ladaco znudziły się jałowe wyznania

- Ty nie potrzebujesz rozgrzeszenia, chłopaku! – oznajmił niecicho – Masz grzechy jak niemowlaczek ze żłobka! Powiedz mamusi, niech ci nosek powyciera…

Wyszedł z konfesjonału zły jak dzik, ale rozjaśnił się na nasz widok.

- Witajcie, świeckie autorytety!… Profesorze! – zwrócił się do prof. Gendera – Masz swoją piersiówkę!

- Nie… Ochroniarze mi zabrali…

- Jak to? Nie mogliście schować?

- I tak była pusta…

Brat Ladaco zazgrzytał zębami i zaczął grzebać nogą niczym byk przed szarżą. Na szczęście, Mikołaj Mika wiedział jak go pohamować.

- Powściągnij gniew, Bracie i nie lękaj się! Normalny ma, w spodniach ukrytą, litrową flaszę żubrówki!

Brat Ladaco znowu się rozjaśnił.

- Chodźmy więc do mojej celi. Tutaj duszno jakoś…

- Zaczekaj i posłuchaj, Bracie – Mikołaj złapał go za sznur od habitu – Wszak jesteś świętobliwym mężem. Masz chody tu i ówdzie…Powiedz Franciszkowi, by za Dziadem się ujął!

- Przykro mi, chłopcy. Nie ma szans, Franciszek mnie nie wysłucha. Wczoraj, trzy razy z rzędu, ograłem go w kółko i krzyżyk. On niezwyczajny przegrywać… Cisnął papieskim ołówkiem, podarł papieską kartkę, a mnie kazał zejść sobie z oczu. Powiedział jeszcze, że na pewno mi wybaczy, ale nieprędko…

- Cholera! Musiałeś wygrywać?

-A co? Ja też nie zwykłem przegrywać!… Dlaczego sami się nie zwrócicie? On was podziwia, lubi i szanuje!

- Zwróciliśmy się. Przyjął nas bardzo ciepło. Poczęstował suszoną wołowiną i opowieścią o przyjaźni pewnego chłopca z pancernikiem włochatym…

- Każdemu to opowiada!

- Był wzruszony losem Dziada Śmietnikowego. Chciał go ratować… Niestety, Dziad się wsypał. Powiedział, że przez byłą żonę na dziady zszedł… Franciszek się wściekł, aż zsiniał ze złości. „Coooo??!! – wrzeszczał pryskając śliną – Jesteś, dziadu, rozwodnikiem??!! Ja tu rodzinę promuję, a ty, rozwiedziony, po łaskę przychodzisz?! Po moim trupie! Dla rozwodnika nie będę odnawiał oblicza ziemi, tej ziemi! Never”! Potem się zapowietrzył i musieliśmy uciekać, bo jakiś szwajcarski gwardzista chciał nas poprzekłuwać halabardą…

- No tak – zafrasował się Brat Ladaco – Franciszek bywa nieużyty… Ale nic to! Jest jeszcze wyższa instancja…

- Jak to?! – zapytaliśmy chórem – Chcesz udać się do samego…

- Tak! Do samego Torunia! Chodźmy do mojej celi, obgadamy szczegóły… Normalny! Nie zgub tego, co masz w spodniach!

Dranie Dziada wyklatkowali!

W poprzednich latach Światowe Dni Młodzieży latały nam koło pióra. W tym roku miało być tak samo, ale nie będzie. Dziad Śmietnikowy sprawił, że imprezy zignorować nie możemy.

Ale po kolei. Od jakiegoś czasu Dziad Śmietnikowy zaniechał bywania w naszym towarzystwie. Nie pojawiał się na zwyczajowych posiedzeniach, a na spotkaniach nadzwyczajnych też świecił nieobecnością. Niepokój nasz narastał i już zamierzaliśmy coś przedsięwziąć, ale nie zdążyliśmy.

Dziad Śmietnikowy przybył na poranne łaknienie i dał poznać, że coś jest nie tak. Pierwszy zorientował się Normalny:

- Co z tobą, Dziadu? Dlaczego nie roztaczasz wokół siebie?

- Ech, przyjaciele…- odpowiedział żałośnie – zeschła i zwietrzała moja powierzchowność… i nie ma szans, by odzyskała wyrazistość!

- Przeszedłeś na emeryturę?

- Ależ skąd! Bynajmniej! Za młody jestem… Jeszcze nawet dziewięćdziesiątki nie mam!

- To co się stało?

- Źli ludzie mnie prześladują. Wiecie co zrobili? Mój warsztat pracy w klatkach pozamykali!

-Jak to?

- Srak to! Spróbujcie dostać się do śmietnika. Gówno się dostaniecie! W całym mieście śmietniki zaklatkowane są! Można najwyżej klamkę pocałować i powąchać sobie przez kratę!

- O kur…- Boja zaklął szpetnie, ale ze współczuciem – widziałem jak stawiają wszędzie takie gustowne zielone klatki, ale myślałem, że sprzedawać tam będą kiełbasę na gorąco z musztardą, piwem i chrupiącą bułką…

W oczach Dziada pojawiły się łzy.

- I co ja mam robić? Parkowe kosze przetrząsać? Jak początkujący bezdomny…? Chciałem napisać list otwarty, ale nie ma do kogo zaadresować. Przecież to trzeba pisać do kogoś ważnego. A ci ważni… albo debil albo kretynka. A jacy wredni! I bezlitośni…

- Masz przesrane, Dziadu! – Kolega Podśmiechujek podsumował celnie – To tak, jakby cię na śmietnik wyrzucili!

Okazało się, że Dziad Śmietnikowy nie stracił całkiem nadziei:

- Jest jeszcze pewna szansa, ale musicie mi pomóc…

- Jak?

- Jedźmy wszyscy na Świtowe Dni Młodzieży. Może uda się coś wymodlić w tej sprawie?

Niespodziewanie ucieszył się Kolega Podśmiechujek:

- Ja chętnie pojadę! – zadeklarował – O ile będzie tam Merkel wraz z Pawłowicz i Grodzką!

- Po co ci Grodzka?

- Chciałbym sprawdzić czy, przypadkiem, nie powróciła do korzenia…

Mikołaj Mika podjął decyzję:

- Dobra. Jedziemy wszyscy! Zdaje się, że dostałem zaproszenie od Franciszka…

- Eeeee….- Boja był sceptyczny – Chcesz żeby ugościł nas Franciszek? Przecież on pija tylko wodę i zagryza suszoną wołowiną!

- To prawda. Ale są też inni hierarchowie. Ci specjaliści od ducha, dobrze wiedzą jak rozkręcić rozrywkę dla ciała!

- Pewnie, że wiedzą. A jak już rozkręcą, to potrafią każdemu nie przepuścić!

- No tak. To też prawda – Mikołaj zmarszczył brwi myśląc intensywnie – W takim razie, pojedziemy prywatnie. Wkręcimy się w dzicz młodocianą i pokażemy jej, z bliska, nasze autorytety moralne! Bierzcie zapasy i ruszamy!

Wyruszyliśmy przed obiadem…

Rzeczprzeszczęśliwa Swojska

Gdzieś tak, lekko licząc, pięć tysięcy lat temu, na ziemiach wtedy jeszcze zadupiastych, pojawił się protoplasta wielkiego rodu Mików, niejaki Arcymon. Przybył z Atlantydy, więc przybrał nazwisko Mika, bo tak mu się podobało.

Atlantydę opuścił, ponieważ ostatnio bardzo zrobiła się badziewna i coś tam w niej łomotało pod spodem.

Kiedy stopa jego dotknęła pięknej, bezkleszczowej łąki, zauważył, że pękł mu rzemyk od sandała i że białe skarpetki straciły pierwotny kolor. Wtedy wyrzekł znamienne słowa:

- A chuj tam…

I postanowił zostać. Niestety, nie było dla niego miejsca w żadnej gospodzie… Żadnej gospody też nie było, więc nie tracąc czasu na próżne żale, zamieszkał w małej przerwie pomiędzy prażubrami.

A widział Arcymon, że kraina jest szczęsna i swojska, więc skłonił się do czynów doniosłych. I znowu wypowiedział znamienne słowa:

- W imię moje, państwo na tej ziemi stanowię i nadaję mu nazwę Rzeczprzeszczęśliwa Swojska…

Chwilę pogrzebał w zakamarkach umysłu i dokończył:

- … a żeby Rzeczprzeszczęśliwa prawem stała, ogłaszam konstytucję od razu:

1.- Abstynencji oddawać się nie wolno!

2.- Jeżeli zjawi się abstynent, należy bezzwłocznie przechrzcić go na używkowicza lub, gdyby nie chciał, wywalić na zbity pysk!

A działo się to 17 lipca 5000 lat temu (kto chce, niech sobie rok obliczy)…

 

Cóż, 5 tys. lat Rzeczprzeszczęśliwa przetrwała, walcząc z obcymi wichrami historii i z własnym kacem cyklicznym… Niestety, dzisiaj nastał czas klęski. Zamiast świętować zmagamy się z puczem i to nie z takim operetkowym jak w Turcji. Puczyści (a właściwie puczystki + zdrajcy) są zdeterminowani. Chcą zniszczyć tradycyjne wartości i sprokurować Dzień Ostateczny. Już teraz próbują egzekwować takie prawa, że zgroza!

Nasz opór słabnie. Dzisiaj wezwał mnie niezłomny (jeszcze) Mikołaj Mika i kładąc mi rękę na ramieniu, rzekł:

- Słuchaj uważnie, przyjacielu Bojo! Miła Rzeczprzeszczęśliwa ginie. Na ratunek już chyba za późno. Puczystki trzymają nas za jaja i wkrótce zaczną kręcić… Ale Ty, Boja, musisz przetrwać! Musisz spisać dzieje szlachetnej Rzeczprzeszczęśliwej dla potomności! Niech przyszłe pokolenia wiedzą, że nie zawsze było tak gówniannie… Zrobisz to, Boja? Mogę na Ciebie liczyć?

Zalałem się łzami i, szlochając, obiecałem zrobić wszystko co w mojej mocy…

A nie jest łatwo! Puczystki nie tylko od szkła odpędzają, także laptopa skąpią… Każą imać się odkurzacza i do mopa przywyknąć… Co gorsza, uwięziły Profesora Gendera i chcą go zmusić do wynalezienia alkoholu z ujemną zawartością alkoholu!

Boże, co to będzie?…

Zaszczyciliśmy szczyt

W zasadzie nie lubimy pałętać się po szczytach, ale na ten to szczyt wciągnęło nas poczucie odpowiedzialności. Odpowiedzialności za wizerunek Polski, jako organizatora szczytów. Tata Mikołaja Miki (wraz ze swoją ekipą) pilnował by niczego nie brakowało szczytom Układu Warszawskiego, więc Mikołaj (przy pomocy naszej pomocy) musiał ogarnąć warszawski szczyt NATO.

Kiedy spędy najważniejszych darmozjadów świata zachodniego odbywały się w innych krajach, to zdecydowanie nie raziły blaskiem, ani nie powalały na kolana efektami swojego szczytowania. Raczej zionęło od nich nudą i pewną taką abstynencką bezradnością.

Zapewne tak też byłoby i w Warszawie, ale Mikołaj Mika (przy pomocy naszej pomocy) nie dopuścił do tego.

Tak jak należało się spodziewać, oficjalni goście Dudy i tego tam szefa NATO okazali się jacy tacy raptem. Nie grzeszyli charyzmą ani walorami erotycznymi. Natomiast ich wrodzona inteligencja nie wzbudzała politowania tylko dlatego, że nikomu nie chciało się nad nią politowywać (politować?).

Nawet sam B. Obama to nikt inny, tylko zwykły Afroamerykanin. Taki sobie amerykański chłopiec, który nie pije, nie pali, nie wącha, nie wciąga i chyba w żaden sposób nie wstrzykuje. Za to ma mnóstwo czasu na zamartwianie się kryzysem związanym z polskim TK.

Brytyjski Cameron nie wyglądał lepiej. Snuł się jak smród po gaciach, co oznacza, że w dalszym ciągu szuka wyjścia. Osowiała Merkel chciała się tylko dowiedzieć, gdzie Szydło kupuje broszki. Natomiast Hollande (Żabojad) zbyt wcześnie przybrał pozę mistrza Europy. Skromny premier Portugalii (Costa) wolał pokątnie wznosić modły do Cristiano Ronaldo.

I na tym by się skończyło, gdyby nie nasza interwencja.

Najsampierw Normalny ożywił sytych szczytowiczów. W kuluarach wyszeptał do uszów odpowiednich, że Putin ciężko choruje na podejrzaną chorobę i wkrótce wyciągnie kopyta. Normalny nie poprzestał na tym. Do innych uszów wystosował sprostowanie: „Putin nie umrze, bo od dawna już nie żyje”!

Takie putinowskie pomieszanie z poplątaniem zaowocowało doniosłą decyzją. NATO będzie broniło wschodniej flanki przy pomocy czterech batalionów! Ufff… Nareszcie wschodnia flanka jest bezpieczna!

Ale nie to okazało się największym sukcesem szczytu. Największy sukces odniósł Kolega Podśmiechujek. Udało mu się podwędzić depilator z łazienki Angeli Merkel!

I jeszcze najważniejsze wydarzenie. W kluczowym momencie, Mikołaj Mika poślizgnął się na skórce od banana. Na szczęście media tego nie dostrzegły, bo pewnie natychmiast ogłosiłyby panikę.

Na koniec Dobra Kobieta ogłosiła oficjalne wyniki nieoficjalnego konkursu na najładniejszego uczestnika szczytu. Wygrał Antoni Macierewicz o włos wyprzedzając ochroniarza Angeli Merkel. Obrażony Obama odleciał w pizdu. Może Hiszpanie pocukrują mu lepiej?

Pod sum owa nie

Musiałem rozczłonkować tytuł. Pierwotnie napisałem go ciurkiem i zaraz wyskoczył komunikat, że nikt to przeczyta, bo za krótki. Wydłużyłem więc za pomocą podziału (prawie paradoks?). Skutek był natychmiastowy, straszenie zignorowaniem nie nastąpiło.

Chciałem podsumować Euro 2016, bo przeszło do historii (chociaż ktoś tam chyba jeszcze gra?), ale do głowy wpadła mi tylko myśl na temat Portugalii. Portugalii dobrze jest na świecie, bo ma tylko jednego sąsiada. Nic więcej nie wymyśliłem, więc postanowiłem skupić się na przechodzeniu do historii.

Każdy, kto pisze, chciałby napisać dobrze i przejść do historii. Nie każdemu się udaje. Ja przeważnie piszę o fundamentalnych bzdetach, bo sprawy poważne jakoś mnie nie nastrajają. Czy to moja wina, że mam pstro w głowie? Może i moja, ale mam pstro w głowie, więc się tym nie przejmuję.

Jednakowoż, do historii chciałbym przejść!

Jak tego dokonać? Myślałem, myślałem i, jak łatwo przewidzieć, nic wymyśliłem. Postanowiłem zapytać Normalnego. Normalny z niejednego pieca chleb jadł i swoje wie.

- Normalny, co mam zrobić żeby przejść do historii?

Nie zaskoczyłem go. Odpowiedział bez namysłu:

- To proste! Wystarczy, że się skończysz…

Nie tylko proste. W pewnym sensie, nie pozbawione też sensu. Jednak nie pójdę taką prostą drogą. Coś innego trzeba wykombinować. Tylko co? A może wystarczy wydłużenie tytułu?

Żale Cristiano Ronaldo

Z graniem u Ronaldo ostatnio nietęgo. Za to śpiewa może nawet ładniej niż Marino Marini (chociaż jest Portugalcem, nie Makaroniarzem):

 

Pomiędzy mych chwał pomnikami,

Jest coś, co mnie wciąż jebie:

Siniak, który z uśmiechem

Dostałem, Piszczku, od Ciebie!

 

Teraz jadę do domu,

W Google szukam doktora,

Który traumę wyleczy,

Bo dusza moja jest chora!

Potrzeba mi czarów – marów,

Bym się wyleczył z depresji.

Wydam miliony dolarów,

Milion od każdej sesji!

 

Pobres Ronaldo perden

(Biedny chłopczyk wziął lanie),

Campeao e a Polonia

(Polska mistrzem zostanie)!

 

Z Polską mecz o półfinał,

Chciałbym szybko zapomnieć.

Takich wspomnień nie kocham…

Nie płaczę!

Nie płaczę!

Nie płaczę!

Ja tylko szlocham…

 

Pazdan śpiewać może

Michał Pazdan może nie śpiewa tak ładnie jak Grzegorz Turnau, ale za to gra fantastycznie. Jak wirtuoz! Śpiewa też nie najgorzej:

 

Krakali…

Że ja jestem dziadu,

Że Pazdanu słabiuteńkim budu

Ogniwem wśród składu…

 

Mecz z Irlandią zawali,

Szwabom wygrać pomoże

I że z Ukrainą

Będzie jeszcze gorzej!

 

Tu popełni błąd w kryciu,

Tam do piłki nie zdąży.

Nic tam nie wygrają,

Pazdan ich pogrąży!

 

Tymczasem…

(Będzie o tym w mediu)

Wygraju se spokojnie finału

I wrócu do Legiu…

 

Ale zanim medali

Porcja będzie rozdana,

Sponiewieram w czwartek

Z Realu Krystiana!

 

Potem Belgia zapłacze,

Wywalimy ją z hukom!

O moich zagraniach

Opowiecie wnukom.

 

A w finale, w finale

Też nie braknie mi męstwa,

Strzelę piękną bramkę

Na wagę zwycięstwa!

 

P.S. Być może, przed czwartkowym meczem, zaśpiewa też Ronaldo…