Miasto potrzebne od zaraz!

Siedzieliśmy w salonie Mikołaja Miki łaknąc jak kania dżdżu. Nagle, jak grom z jasnego nieba, spadł na nas okrzyk:

- Opole wywaliło festiwal z Opola!!!

Wiadomość zdruzgotała nas na 10 minut. Pierwszy z szoku i niedowierzenia otrząsnął się Normalny.

- I co teraz? – zapytał.

- Nic. Podobno szukają innego miasta…

Mikołaj Mika zamyślił się głęboko, a po chwili twarz zajaśniała mu blaskiem natchnienia. Gestem nakazał ciszę i (nie wchodząc na drabinkę) przemówił:

- Szukanie innego miasta na opolski festiwal to durny pomysł. Każde polskie miasto (nawet Chicago) ma w sobie coś chujowego… Wyjście jest tylko jedno: TRZEBA ZBUDOWAĆ NOWE MIASTO!!!

Wszyscy oniemieliśmy z podziwu, a każdy myślał w duchu: „Ten to ma łeb”! Tymczasem Mikołaj kontynuował:

- Miasto trzeba zbudować od podstaw. Musi być koszerne, charakterne i niefelerne. Z ciepłą wodą w kranach i spłuczkach…

- A jak będzie nazywało się?

- Jarosław! – wyrwał się lizus Kolega Podśmiechujek.

- Miasto Jarosław już istnieje…

- To może Łuk Kurski?

- Za bardzo z Sowietami kojarzy się, ale kombinuj dalej Podśmiechujku. Ogłosimy konkurs na nazwę miasta. Kto wie? Może właśnie ty go wygrasz? A teraz do dzieła! Miasto zbudujemy nad rzeką, a jezioro będzie niedaleko… Jan Pietrzak napisze akt erekcyjny, kamień węgielny wmuruje…

- Jarosław! – znowu wyrwał się lizus Kolega Podśmiechujek.

- Tak jest! A zaprawy namiesza mu pan Andrzej… O matko! Ale mnie suszy…

- Biegnę po swoją piersiówkę! – Profesor Gender zerwał się i pobiegł.

- Ja idę pożyczyć na litrową flaszę żubrówki! – zadeklarował Normalny i też wyszedł.

- Tylko szybko wracajcie! – Krzyknął za nimi Mikołaj – Trzeba jeszcze pieśń skomponować… Ja w międzyczasie skoczę upłynnić dyżurny banknot stuzłotowy…

Boja i Kolega Podśmiechujek zatarli ręce.

Wkrótce pieśń była gotowa:

„Zbudujemy miasto klawe,
Zbudujemy taki gród,
W którym wszystko będzie prawe,
W którym czysty będzie brud!

W tym mieście festiwal będzie niczym miód!
Dziegciu tu nie doda żaden podły wróg!
Wszystkie festiwale przeniesiemy tu!
Niech żyje Pan Prezes! Łubu dubu du!!!”

Śpiewające świąteczne życzenia

Tak się jakoś złożyło, że w naszym gronie nikt nie umie komponować muzyki. Wprawdzie prof. Gender potrafi narysować klucz wiolinowy, ale tylko na papierze w kratkę. Wprawdzie Mikołaj Mika grał kiedyś na grzebieniu, ale było to dawno, a od kiedy nie mamy włosów to i grzebienia u nas nie uświadczy. Jako osoby muzykalne inaczej, musimy radzić sobie także inaczej.

Chcemy złożyć wszystkim życzenia śpiewająco i dlatego kombinujemy. Jak zwykle muzykę pożyczamy (tym razem od Czerwonych Gitar) i wyśpiewujemy (nieco tylko fałszując) życzenia na melodię piosenki „Jest taki dzień”. Słowa pochodzą z naszych serc i chociaż nie wiemy czy życzenia się spełnią, to bardzo pragniemy by tak się stało. Ufff… Po takim patetycznym zdaniu, pozostaje nam tylko przejść do życzeń:

Jest taki ktoś
Kto Wam życzy bez wytchnienia,
Sukcesów moc
I z szampanem ich uczczenia!
Gdy zimno jest,
Gdy się zdarzą ciepła straty,
Niech znajdzie się,
Kielich rumu do herbaty!
          Niech ominą Was frasunki,
          Niech nie szkodzą mocne trunki!
          Gdy wieczorem sen Was zmorzy,
          Zdrowi wstańcie rano z łoży!
Niech zniknie złość,
Radość wkroczy w Wasze chaty!
Tak życzy gość,
Bardziej biedny niż bogaty.
Więc lepszym bądź
W dniu Bożego Narodzenia,
A po tym dniu,
Już na gorsze się nie zmieniaj!
          No bo przecież, każdy wie to,
          Czy jest chłopem, czy kobietą,
          Że jak schowa swe pazurki,
          Wszystkim będzie bardziej z górki!
I żeby za dużo kilogramów Wam nie przybyło!!

 

Dziś są moje… No właśnie, co dziś moje jest?

Tak się jakoś złożyło, że nikt z nas nie ma dzisiaj urodzin, imienin, rocznicy bezrobocia, ani innego powodu do świętowania z przyczyn subiektywnych. Dlatego podłączamy się pod państwowe i kościelne dzisiejsze święto, ale żeby nie iść na łatwiznę, czynimy to poprzez stworzenie odpowiedniego solenizanta, czyli świętego. Doszliśmy do wniosku, że w naszym gronie nie brakuje osobowości godnych tego tytułu.

W pierwszej kolejności przyszedł nam na myśl prof. Gender. Jego charakter, dokonania, dziewictwo i spust, predysponują go doskonale do tej roli. Ale niestety! Dziwnie by brzmiał tytuł „Św. Gender”, a poza tym Profesor, jako były Anglosas, wolał bawić się w helołin i jeszcze wczoraj przebrał się za pracownika pogotowia ratunkowego i poszedł sępić po domach puszki piwa i kieliszki wódki. Do tej pory jeszcze nie wrócił i za chwilę trzeba będzie iść i poszukać go w rowach i rynsztokach, czyli w miejscach gdzie zwykle kończy swoje misje.

Mikołaj Mika też nadaje się na świętego, zwłaszcza, że przechowuje w swoim fałszywym laptopie prawdziwy banknot stuzłotowy, a stacja benzynowa jest blisko i czynna. Jednak drań odmówił obcesowo, argumentując, że jeden św. Mikołaj już jest, a on nie ma zamiaru być świętym drugoplanowym i należy mu się miejsce na świeczniku.

Kolega Podśmiechujek wszystkich denerwuje, więc odpada w przedbiegach.

Śmietnikowy Dziad tylko prychnął i pogrążył się w swoim aromacie.

Dobra Kobieta powiedziała, że może być świętą, ale cały swój alkohol zużyła do tortu, który upiekła dla proboszcza i członkiń Kółka Różańcowego.

Normalny ma wprawdzie cechy świętobliwe, ale obawia się, że Pani Normalna obedrze go ze świętości poprzez danie mu do wiwatu.

Ja wolę pić na krzywy ryj.

Na placu boju pozostał tylko Boja. Św. Boja brzmi nieźle, a sam Boja za bardzo się boi, żeby odmówić. Życiorys ma nieposzlakowany. Nigdy nie zhańbił się czynem poniżej pasa i zawsze twierdził, że gotów jest zginąć za sprawę, byleby odbyło się to w sposób bezbolesny. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko cudów, więc Mikołaj Mika potrząsnął Boją i nakazał: „Te, Boja, przypomnij sobie ile i jakich cudów dokonałeś”!

Boja zamyślił się głęboko, a kiedy pamięć przestała mu szwankować, wyrzekł co następuje: „Cudów było kilka, oto one:

1.- Któregoś dnia straciłem świadomość w Przemyślu i ową odnalazłem dopiero w Szczecinie!

2.- Chora na depresję ladacznica odzyskała zdrowie, kiedy zaproponowałem jej upojną noc we dwoje (pomimo, że propozycji nie przyjęła). Do dzisiaj utrzymuje, że jestem lekiem na całe zło!

3.- W ciężkich czasach, lekką ręką, wydałem pieniądze ciężko zarobione na lekkich usługach!

4.- Więcej cudów nie pamiętam, ale do wszystkich się przyznaję i oświadczam, że poczyniłem je bez żadnej pomocy z ciemnej strony mocy”!

Uznaliśmy cuda za faktyczne, a proces za zakończony. Pozostaje tylko wysłać kogoś po paliwo i odnaleźć prof. Gendera, żeby nie uświerkł gdzieś w rowie.

Później usiądziemy w konsumenckim kręgu i będziemy wynosić Boję pod niebiosa!

P.S. W salonie Mikołaja Miki jest miejsce na bardzo duży krąg…

Nadejszła odpowiednia chwila, żeby ujawnić przepis na eliksira

Chwila jest odpowiednia, ponieważ oszukał mnie przedsiębiorca pogrzebowy. Zgodziłem się zastąpić nieobecnego pracownika i na tydzień zatrudniłem się w jego zakładzie. Nie było źle. Dostałem służbowe ubranie, w którym wyglądałem jak jakiś wicekról. Jednak strój ten nie był mundurem, za którym panny ustawiały by się sznurem. Składał się z czarnego peleryno – płaszcza, tu i ówdzie złoconego, czarnego dziwacznego cylindra, też tu i ówdzie złoconego oraz białych rękawiczek, tu i ówdzie przybrudzonych.

.Moja praca polegała na noszeniu trumny w czasie wypasionego pogrzebu, robieniu ponurej miny i wypijaniu flaszki, kiedy już było po wszystkim. Tak minął tydzień. Kiedy udałem się po wynagrodzenie, to szef powiedział, że zapłaci jak będzie miał, ale nigdy nie będzie miał i niech spadam, bo mi miskę wyklepie!

Wyruchany finansowo, pozostałem łaknąc zemsty jak kania dżdżu. Uznałem, że rozpowszechnienie przepisu na nieśmiertelność będzie najlepsze. Ludzie przestaną umierać i mój oszukańczy pracodawca zbankrutuje. Pogrąży się w rozpaczy, nie zażyje eliksiru i szczeźnie w nędzy i potępieniu. I żadni łowcy skór mu nie pomogą!

Niechże się dokona!

PRZEPIS NA ELIKSIR NIEŚMIERTELNOŚCI

SKŁADNIKI:

-Pół litra octu, który zapełniał sklepowe półki w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku

-Pici włos Anny Grodzkiej

-20 dkg pasztetu z puszki, obojętnie jakiego, byle z ważną, nie przebitą, datą przydatności do spożycia

-Paciorek z różańca byłego nuncjusza na Dominikanie

-Kawałek laptopa redaktora naczelnego gazety „Wprost”

-”Siedemnaście mgnień wiosny”

-Okruch jedzenia wydłubany wykałaczką z dziury w zębie

-Jedna porcja ekologicznego papieru toaletowego

-Szczypta sproszkowanego łajna kota Kaczyńskiego (kot chodzi za potrzebą pod okno sypialni D. Tuska)

SPOSÓB PRZYGOTOWANIA:

Wszystkie składniki umieszczamy w nierdzewnym kociołku, podgrzewamy benzynową zapalniczką i mieszamy aluminiową łyżką z niegdysiejszego baru mlecznego. Eliksir gotowy jest do użycia, kiedy uzyska kolor opalenizny Baracka Obamy.

SPOSÓB UŻYCIA:

Eliksir zażywamy w towarzystwie dwóch lubianych osób (np. teściowej i sąsiada). Należy wypić 100 gram preparatu, powstrzymać odruchy wymiotne i wypowiedzieć następujące słowa (tonem podniosłym, bez podśmiechujek): „Będziem nieśmiertelni i zdrowi, nikt na śmierci naszej nie zarobi”! Po tej inwokacji stajemy się wiecznie żywi i możemy zacząć się zastanawiać, jak pozbyć się tej, uciążliwej dla siebie i innych, cechy.

SKUTKI UBOCZNE:

Jak każdy eliksir, także ten może powodować niepożądane (lub pożądane) skutki uboczne:

-Zaburzenia w orientacji seksualnej (o ile ktoś coś takiego posiada)

-Leninoidalne rysy twarzy (morda robi się podobna do fizjonomii Włodzimierza Ilicza Lenina)

-Skok ewolucyjny narządów płciowych (w niewiadomym kierunku)

-Wstręt do potraw wegetariańskich

UWAGA!!

Eliksir nie zawiera alkoholu, więc mogą zażywać go także abstynenci.

P.S. Słodkiego, miłego życia…

Pieśń żałobno – pokrzepiająca

No rozpacz człowieka ogarnia! Pan Prezydent nie okazał się mężem stanu, tylko zwykłym mężem Anny. Nie ma zamiaru powierzyć Mikołajowi Mice misji tworzenia nowego rządu, więc płacz Polsko! Odchodzi wybitny Premier, a ten który mógł być jeszcze wybitniejszy, nadal stoi na bocznym torze.

Wygląda na to, że wkrótce zaczniemy kopać się z Kopacz i mam podejrzenie graniczące z pewnością, że kopaninę tą przegramy.

Więc kiedy już zabraknie nam łez, kiedy zabraknie włosów do rwania z głowy, kiedy tęsknota za Tuskiem rozpali się jak zgaga, wtedy pozostanie nam tylko piosenka. Jest to pieśń żałobna, ale może choć na chwilę ukoi krwawiące serca sierot po Tusku.

Pieśń jest na melodię Marszu Gwardii Ludowej. Jako że teraz strasznie dużo małolatów się narobiło i oni mogą nie znać tego słusznego niegdyś utworu, to można posłuchać wersji nieaktualnej:

A teraz tekst do wersji aktualnej:

PIEŚŃ ŻAŁOBNO – POKRZEPIAJĄCA

My z dotowanych wsi,
My z fast foodowych miast,
Za siedem lat
Donalda Tusk
Wdzięczność okażmy mu!
Za siedem lat
Donalda Tusk
Wdzięczność okażmy mu!

Więc zatemperuj dziś
Ołówka swego szpic
I napisz mu:
„Ja kocham Cię”
I jego zdrowie pij!
I napisz mu:
„Ja kocham Cię”
I jego zdrowie pij!

Choć padniesz w rowie gdzieś
I słaby zbudzisz się,
To przecież wiesz,
Jak dobrze jest
Za Tuska cierpieć kać!
To przecież wiesz,
Jak dobrze jest
Za Tuska cierpieć kac!

Więc napij chłopie się,
Ty, babo, nie broń mu,
Bo skończył się
Nasz dobry czas,
Kaczyński też to wie!
Bo skończył się
Nasz dobry czas,
O kurwa jego mać!

No więc pijmy, śpiewajmy i rozpaczajmy…

 

 

 

 

 

Podniosło mnie na duchu

Dopiero dzisiaj dotarła na moje obecne zadupie ta fantastyczna wiadomość: Donald Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej!!! Ho, ho!! Ja pesymistycznie myślałem, że do Polski przyjdą Ruskie, a tu patrzcie jaka miła niespodzianka: nie tylko Ruskie nie przyjdą do Polski, ale jeszcze z Polski wyjdzie Donald Tusk!!

Mam podejrzenie, graniczące z pewnością, że Donald będzie takim nowym, świeckim Papieżem – Polakiem, który znowu odmieni oblicze ziemi. A może nawet więcej, bo On odmieni oblicze nie tylko tej ziemi, ale także oblicze tamtej ziemi. A co!

Po prostu jest dobrze. Siedzę najedzony kiełbasą na ciepło, puchnę z płytkiej dumy i wcale nie wstydzę się swojej murzyńskości. A że za progiem czekają problemy? Niech czekają…

P.S. Jest jeszcze jeden plus: nareszcie Donald zacznie zarabiać więcej niż jego córka…

Kolega Podśmiechujek – autobiografia. Część II

Po wojsku przez tydzień było fajnie. Skończyły się znienawidzone poranne zaprawy fizyczne, nikt się nie czepiał, a życzliwi ludzie wyciągali mnie z rowów i odprowadzali do domu. Byłem bohaterem we własnej wiosce!

Potem wróciła szara codzienność. Trzeba było się zatrudnić, bo takich, co nie mieli pieczątki w dowodzie, łapała milicja i podobno gdzieś wywoziła ( zdaje się, że na Żuławy). Tym, którzy znają tylko dzisiejszą rzeczywistość, wyjaśniam, że wtedy nie było bezrobotnych, byli tylko uchylający się od pracy.

Pracowałem w różnych zakładach i instytucjach (firm w PRL-u również nie było), a w wolnych chwilach zajmowałem się myślistwem. Polowałem pod sklepem monopolowym na dostawy alkoholu, a pod kioskiem na dostawy papierosów. Czasami łowy były udane, ale przeważnie wracałem do domu z pustymi rękami. Zdarzało się, że towaru zabrakło przed samym nosem. Któregoś dnia do sklepu monopolowego, zamiast wódki, przywieźli lampy naftowe (kupiłem dwie, bo po dwie dawali).

Szczęśliwy dzień przeżyłem, kiedy dostałem w prezencie 50$ (w bonach). Wtedy zaliczyłem swoje jedyne luksusowe i ekskluzywne zakupy w sklepie PEWEX-u. Nabyłem tzw. „wranglery” (22$), jakąś koszulę (9$), jakiegoś łiskacza (nie pamiętam ile kosztował, ale był cholerycznie drogi i smakował jak najpodlejszy bimber), dwie flaszki „żytniówki” (89 centów za butelkę), a resztę wydałem na papierosy (paczka „Marlboro” kosztowała bodajże 34 centy). Nigdy więcej takiej rozpusty nie doświadczyłem.

W tym okresie miałem też drugi i ostatni kontakt z płcią przeciwną. Nawiązałem stosunki z pewną kioskarką. Stosunki te polegały na tym, że rano ściągałem takie ciężkie kraty z jej kiosku, a po południu zakładałem je z powrotem i zamykałem na kłódkę. Uważam to za mój wielki sukces, bo chętnych do świadczenia kratowych usług było wielu, a znajomości z szafarką deficytowych papierosów zazdrościli mi wszyscy.

Osiągnąłem też sukces w dziedzinie działalności społecznej. Zostałem członkiem komitetu kolejkowego pilnującego porządku w kolejce po paszport. Spędziłem tydzień na zwalczaniu kontrkolejek, przepędzaniu pchających się bez kolejki, wykluczaniu z kolejki tych, którzy nie stawili się na nocny dyżur i narzekaniu na wszystko. Po tygodniu udało mi się złożyć wniosek i po miesiącu, kiedy milicja sprawdziła, że dobry ze mnie komunista, dostałem pismo z nakazem stawienia się po odbiór paszportu.

Odstałem kolejny tydzień (już jako zwykły kolejkowicz) i stałem się posiadaczem wymarzonego dokumentu. Co prawda był on ważny tylko na Kraje Demokracji Ludowej, ale dzięki niemu zrobiłem coś, czego dzisiaj nikt już zrobić nie może – odwiedziłem Czechosłowację i ZSRR. Z sąsiadów PRL-u, tylko ojczyzna trabanta i czajników z gwizdawką pozostała poza moim zasięgiem, chociaż czyniłem pewne starania, żeby poznać to szwabskie dziwadło.

Ze Związku Radzieckiego przywiozłem (oprócz gigantycznego kaca) pierwszy w mojej rodzinie telewizor kolorowy. Tu jednak miałem pecha. Akurat, jak na złość, telewizja przestała nadawać ówczesny hit i nie udało mi się stwierdzić, czy Smerfy faktycznie są niebieskie.

Z wydarzeń politycznych schyłkowej komuny zapamiętałem tylko jakieś referendum. To znaczy, nie same referendum, tylko jedno z jego pytań. Brzmiało mniej więcej tak; „Czy chcesz, żeby było lepiej, ale będzie gorzej”? Nic dziwnego, że wkrótce doszło do okrągłostołowej machlojki i nastała demokracja…

Ciąg dalszy nastąpi…

Kolega Podśmiechujek – autobiografia. Część I

Moje życie doczesne nigdy nie było usłane różami. Już w podstawówce byłem molestowany prawie seksualnie. Zwyrodniała nauczycielka z upodobaniem grzmociła mnie po głowie, a w głowie mam ukryty organ, który jest najintymniejszy ze wszystkich moich organów – mózg. Organ tak bardzo intymny, że nawet ja nie mam do niego dostępu.

Dobiła mnie klęska z okresu nieco późniejszego. Mój niekolega wyjechał z tym durnym dowcipem, że kto wali konia, temu włosy rosną wewnątrz dłoni. Tylko ja, naiwne dziecko, dałem się nabrać i popatrzyłem na swoje dłonie. I wcale nie dlatego, że waliłem konia (wtedy nawet nie wiedziałem, co to znaczy), bo przyczyna była inna. W tamtym czasie moja rodzina faktycznie posiadała konia, a ja lubiłem go głaskać i poklepywać – to skojarzyło mi się z waleniem. Nietrudno sobie wyobrazić, jak koledzy mnie później nazywali… Co do konia, to przyjaźń z nim, jeszcze w inny sposób nie wyszła mi na dobre. Skubaniec mnie ugryzł. Później dowiedziałem się, że był to objaw końskiej sympatii, ale wtedy zabolało…

W ósmej klasie dotknęła mnie prowokacja prawdopodobnie SB. Funkcjonariusze tej Służby, na wioskowej tablicy ogłoszeń, wywiesili anons „SPRZEDAM JAŁÓWKĘ”, a pod spodem umieścili moje imię, nazwisko i adres. Ta jałówka długo nie dawała mi żyć i w zarodku zdusiła moją działalność opozycyjną.

W szkole średniej miałem pierwszy i zarazem przedostatni kontakt z płcią przeciwną. Pewna dziewczyna, na pierwszej randce, powiedziała mi, że chciałaby zobaczyć coś interesującego. W tym czasie (schyłkowy Gierek) panowała moda na hodowanie długiego paznokcia na małym palcu lewej ręki. Pokazałem dziewczynie ów paznokieć, a ona natychmiast zerwała znajomość ze mną i jeszcze rozpuściła plotkę, że jestem obleśny…

Szkołę ukończyłem jako singiel.

W czasie stanu wojennego też nie wiodło mi się najlepiej. Jaruzelski nie próbował rozjechać mnie czołgiem, a chociaż raz gonili mnie ORMO-wcy, to jednak nie udało im się mnie złapać. Przez ich nędzną kondycję nie dane mi było zostać ofiarą reżimu. Trafiłem nawet na zebranie konspiracyjne, ale konspiratorzy nie ukrywali się przed SB, tylko przed własnymi żonami, a celem spotkania nie było obalenie ustroju, tylko paru flaszek. Był tam nawet milicjant i kiedy sobie popił, to przyznał się, że kocha „Solidarność” i że dzieci woził chrzcić do odległej o 300 km. miejscowości.

Później powołali mnie do wojska. Podczas służby zrobiła na mnie wrażenie tylko jedna sprawa. Pewien kapral, podczas cotygodniowych kąpieli (łaźnia była wieloosobowa), notorycznie doznawał wzwodu i dało się to widzieć. Nie wiem czy kapral wstydził się tego, ale wiem, że ja do dzisiaj mam z tego powodu kompleks krutszości…

Po wojsku pozostał mi jeszcze uraz do kotletów mielonych (prawie codziennie nas nimi karmili) i brązowa odznaka „WZOROWEGO ŻOŁNIERZA”.

Ciąg dalszy nastąpi…

Państwo Normalni nie mają żalu (chociaż powinni)

Szczęśliwe pożycie Normalnego i Pani Normalnej przerwała rewolucja w systemie emerytalnym.

Dawno temu, w czasach przełomu, Normalny oraz Pani Wtedy Jeszcze Nie Normalna pokończyli szkoły i zatrudnili się w firmie, która nędznie i nieregularnie płaciła. Pracę podjęli tego samego dnia i jako osoby stojące najniżej w hierarchii, traktowani byli jednakowo, czyli w sposób uwłaczający. Naturalnym porządkiem rzeczy, połączyła ich wspólna niedola, a nieco później, wspólne śluby, które złożyli w Kościele i USC.

Wtedy, w  świecie kłamstwa i lęku, błysnęło nadziei ziarenko. Okazało się, że Pani Już Normalna, jest pięć lat młodsza od Normalnego. Oznaczało to, że tego samego dnia, obydwoje odejdą na emeryturę. Postanowili więc – zignorują różne tam rocznice ślubu, urodziny czy imieniny i będą świętować tylko jedno. Będą świętować ROCZNICĘ PRZYSZŁEGO ODEJŚCIA NA EMERYTURĘ.

Cudowne to były święta. Latek nie przybywało, tylko ubywało i było coraz bliżej czegoś, na co wszyscy czekamy. Krótko mówiąc, było radośnie i perspektywicznie.

W tym roku zamierzali hucznie świętować ćwierćwiecze do emerytury. Wzięli kredyt w Parabanku, wszystko zaplanowali i kiedy zaczęli zapraszać gości – spadł cios. Oczywiście, cios został wymierzony znacznie wcześniej, ale dopiero teraz ich zabolało.

Normalni słyszeli o wydłużeniu wieku emerytalnego, ale jakoś nie kojarzyli tego ze swoją sytuacją. Szok wywołał jeden z przyjaciół. Wytłumaczył, że daty ich odejścia na emeryturę nie są już jednakowe i zostały tak odsunięte w przyszłość, że przeciętnie inteligentna istota nie jest w stanie ich ustalić.. Krótko mówiąc – ich wspólne święto poszło się jebać. Mogą, co najwyżej napić się wódki z żalu, a nie z radości.

Jednak Normalni żalu nie chowają. Rozumieją, że dla porządku wszechświata czyjekolwiek odejście na emeryturę nie ma żadnego znaczenia.

Mimo wszystko, coś ich gniecie. Tkwią teraz złączeni w bulu, ale bez nadzieji i nie jest to złączenie seksualne, niestety…

 

Z pamiętnika kobiety, która dobrą kobietą jest

Dzisiaj rano mało trupem nie padłam… Myślałam, że on już niczym nie potrafi mnie zdenerwować. A jednak… Rocznicę ślubu zachciało się palantowi świętować. No tak, dla niego to święto. On ma jak u Pana Boga za piecem… A ja? Dwadzieścia lat udręki z palantem, który nic, a nic nie rozumie…

Zawsze uważałam go za głupka. Jednak dzisiaj przeszedł samego siebie. Śniadanie przyniósł do łóżka! Aż mną zatrzęsło ze złości. Czy on nie zdaje sobie sprawy, że pościel dopiero co była zmieniana? Ale jak ktoś nie pierze, to ma to w du… A właściwie dlaczego on nie pierze? Nie, to się nie uda, za głupi na to jest… Chociaż gdyby prał pod moim kierunkiem… Trzeba to przemyśleć…

A wracając do śniadania, to chciałam rzucić mu tacą w twarz, ale szkoda mi było pościeli i w sumie to głodna byłam. Zjadłam więc, chociaż jego radosny uśmiech psuł mi apetyt. Na pytanie czy było dobre, odpowiedziałam, że kawa za zimna, grzanki przypalone, a jajka to chyba swoje ugotował. On chyba naprawdę jest z kamienia, zamiast się obrazić, roześmiał się tylko i powiedział, że uwielbia moje poczucie humoru.

Zabrał tacę, odniósł do kuchni i po chwili wrócił z prezentami. Z prezentami??!! Zgroza!! Najpierw wręczył mi dwie sznurówki. Obie były pocięte na kawałki i dziwacznie powiązane. Do jednej przyczepiona była mała szmatka w kształcie trójkąta, a do drugiej dwie blaszki w kształcie truskawek. Potem dostałam coś, co przypominało foliowy płaszcz przeciwdeszczowy. Tyle, że bardzo kusy, bez kaptura i w czerwonym odcieniu. Chyba nie był zrobiony z folii, chociaż  trochę szeleścił…

Na koniec otrzymałam złoty wisiorek z dziwną zapinką. Tu już nie wytrzymałam. „Co to jest”? – zapytałam. „Kolczyk” – odpowiedział. „Dlaczego tylko jeden”? „Bo to jest kolczyk na pępek”… Oniemiałam. Ja chcę zapisać się do Róży, a ten mi kolczyk na pępek przynosi! Szkoda, że zapomniałam o tej rocznicy ślubu… Mogłam mu kupić kolczyk na fiu… No nie, chcę należeć do Róży, więc nie będę takich słów używać. Mogłam mu kupić kolczyk na małego… No nie, to za dużo powiedziane. Mogłam mu kupić kolczyczek na małego małego.

Naprawdę zatkało mnie z wściekłości. Nie mogłam słowa wykrztusić. On chyba myślał, że to z radości, bo pochylił się jeszcze i wyszeptał mi do ucha: „Ubierz się w to wieczorem, a ja przyjdę z winem”… Gdyby zaraz potem nie wyszedł, chybabym go zabiła… Romantyk się znalazł… seks mu się roi… niedoczekanie… już teraz czuję, że będzie mnie głowa bolała…