Skrupulatny poczet władców Polski

CHOŚCISKO – Założyciel oraz pierwszy i nieostatni władca Polski, a właściwie Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR). Tata Piasta Kołodzieja.

Nie jest łatwo pisać o Chościsku. Według wrażych germańskich źródeł, wiadomo o nim tylko tyle, że nie istniał. Na szczęście wraże germańskie źródła gówno wiedzą. Chościsko budował Państwo ku pokrzepieniu serc, a nie żeby brylować w zacofanych średniowiecznych mediach!

Chościsko znaczy tyle samo co ogon, także ogon przedni czyli fiut. Wraże źródła germańskie twierdzą, że Chościsko nazywał  się Chościsko, bo był fiutem, ale my wiemy lepiej! Chościsko nazywał się Chościsko, bo posiadał niezwykle ogromnego fiuta i był to fiut naturalny! Wszelkie wątpliwości rozwiewa imię żony Chościska: Roztruchana!

Chościsko urodził się w roku 640 nieopodal miejsca, na którym pobudował później Gniezno. Jego rodzice mieli tak bardzo prasłowiańskie imiona, że aż nie da się ich zapisać współczesnymi literami. Zresztą imiona nieważne, ważne, że byli różnopłciowi i chociaż nie wychowali syna po katolicku to przecież po islamsku też nie! Bóg im za to zapłać.

Początkowo panował tylko nad sobą i kiedy panowanie to umocnił, zaczął planować podboje. Szybko zdobył serce wspomnianej Roztruchany i dzięki temu Minus Pierwsza Rzeczpospolita zyskała pierwszą Pierwszą Damę.

Stopniowo podporządkował sobie okolicznych chłopów i część okolicznych bab. Wiedział jak rządzić. Chłopom obiecywał to co chcieli, a babom robił to co obiecywał. Skutek był taki, że zaczęto budować Gniezno, a nie Sodomę i Gomorę.

Chościsko żył 100, a panował równe 80 lat (16 kadencji). W tym czasie dokonał wielu niezwykłych czynów. Był na pogrzebie Wandy Co Nie Chciała Niemca, udomowił dziko rosnący chmiel, zmyślił legendę o Lechu, Czechu i Rusie oraz, jako pierwszy na świecie, przekroczył barierę sześciu promili. Ostatnie dokonanie nie robi dzisiaj wrażenia, ale wtedy to było COŚ! Nawet Kacapy skręcali się z zazdrości. Umarł, w przeciwieństwie do Stalina, z czystym sumieniem.

Po Chościsku władzę objął jego syn Piast (zwany Kołodziejem).

***

PIAST - Drugi władca Polski i pierwszy z tych, którzy musieli zmagać się z opozycją.

Dzieciństwo i młodość miał w miarę spokojne. Trochę tylko cierpiał na lekcjach religii, bo ciągle mylił Swarożyca ze Światowidem. Później poszedł na garden party do jakiegoś badylarza i tam wyrwał Rzepichę. Ślub nastąpił wkrótce, bo z Rzepichy była kobita krzepka i wszystko miała na swoim miejscu.

Usiadł na stolcu książęcym (jak to ładnie brzmi!) w roku 740.Miał trochę pecha na początku panowania. Budowa Gniezna i innych grodów sprawiła, że Polacy, własnymi siekierami, wyrąbali przejście w odwiecznej puszczy. Przez to przejście do Polski, a właściwie do Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR) zapuściła żurawia Europa. Tym żurawiem okazała się ostatnia piękna Niemka o brzydkim imieniu Brunhilda.

Przybyła do Gniezna, obejrzała sobie mordy mieszkańców i wybrała właściciela najbardziej zdradzieckiej – niejakiego Popiela. Popiel okazał się psubratem. Z poduszczenia Brunhildy dokonał puczu i strącił Piasta ze stolca (strącił w przenośni, bo Piast, traf chciał, akurat polował na cietrzewie) i umościł na nim swoje cztery litery. Rządził siedem lat i dziewięć miesięcy. (Jak to tam było z tym rządzeniem i jak utracił władzę opiszę w odcinku dotyczącym POPIELA).

Kiedy pech się skończył, Piast odzyskał stolec i pusty, niestety, skarbiec. Głupi nie był. Dobrze wiedział, że bez pieniędzy żyć się nie da. Sprowadził do Polski Żydów, bo żeby pożyczać gotówkę, to trzeba mieć od kogo!

Piast dobrym był władcą, wiedział, że nie należy tworzyć rzeczy, które później wymagały będą reformy. Dzięki temu, cała jego kraina płynęła mlekiem i miodem w dni powszednie, a w niedziele i święta, dodatkowo, piwem z wkładką.

W międzyczasie Piast wymyślił ogrodową huśtawkę z opony. Tyle, że zamiast opony użył obręczy z koła od furmanki.

Trzeba też przypomnieć legendę – proroctwo: Tak naprawdę Piast nie umarł. Jest tylko nieco zmęczony i śpi w jakiejś jaskini. Kiedy treść pasków w TVP Info osiągnie poziom przechodzący ludzkie pojęcie, Piast obudzi się i zostanie liderem opozycji… A może koalicji?…  Trochę niejasna ta przepowiednia, więc spokojnie można powiedzieć że chuj wie co będzie…

***

POPIEL - Pierwszy i nieostatni, niestety, wrzódek na dupce tego pocztu. Taki sobie realny pantoflarz i wirtualny damski bokser.

Początkowo Popiel nie pchał się do władzy. Był znanym i cenionym specjalistą w dziedzinie zbijania bąków i pochłaniania niepasteryzowanego piwa. Czuł się spełniony i dobrze mu było na świecie.

Sielanka skończyła się z chwilą przybycia do Gniezna ostatniej pięknej Niemki. Miała ona paskudne imię Brunhilda i garść niecnych planów. Najpierw wzięła i ożeniła ze sobą Popiela, a potem kazała mu przejąć władzę w Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR). Popiel, chcąc nie chcąc, musiał umościć się na książęcym stolcu. Okazja trafiła się wyborna, bo stolec był niezajęty. Dotychczasowy użytkownik (czyli Piast), traf chciał, akurat wybrał się polować na cietrzewie.

Po przejęciu władzy, Popiel wytruł skrytobójczo (na polecenie Brunhildy) wszystkich swoich krewnych i znajomych i zastąpił ich (ciekawe na czyje polecenie?) krewnymi i znajomymi Brunhildy. Następnego czynu dokonał już z własnej woli: kazał rozstrzelać z łuku jedynego uczciwego niekmiecia.

Poddani zrozumieli przesłanie: trzeba siedzieć cicho! Piast, postawiony przed faktem dokonanym, zaszył się w kniejach.

Popiel nie był szczodrym władcą. Wręcz przeciwnie. Wprowadzał wymyślone przez Brunhildę podatki, ściągał je bezlitośnie i, niejako przy okazji, zabierał złoto, srebro i bursztyn. Wszystko inne też zabierał (oprócz koziego sera, którego nie znosił). Utrwalił się pewien schemat: Popiel dokuczał poddanym, Brunhilda dokuczała Popielowi, a Brunhildzie dokuczały uporczywe migreny. Wtedy też wykiełkował w Popielu wirtualny damski bokser: często wyobrażał sobie, że spuszcza Brunhildzie lanie, a ona, cała posiniaczona, robi mu kanapkę!

Nienormalne rządy Popiela przyniosły całkowicie normalny efekt: pusty skarbiec. Gdzie poszły pieniądze? Nawet Światowid tego nie dostrzegł! Nareszcie i poddani stracili cierpliwość. Tłumnie wyszli na place i ulice polany i ścieżki, a w dłoniach dzierżyli przedmioty zupełnie niepodobne do białych róż. Krewni i znajomi uciekli, więc Popiel musiał się poddać.

Piast ponownie usiadł na stolcu. Miał zagwozdkę co zrobić z Popielem i Brunhildą. Kara powinna być spektakularna. Niestety, Gniezno to nie Rzym, nie było Koloseum ani lwów… Postanowił rzucić obalonych tyranów myszom na pożarcie! Myszy okazały się mało krwiożercze, nawet powąchać ofiar nie chciały, więc znudzona i nieco zgłodniała publika rozeszła się do domów. Piastowi też nie chciało się czekać. Strzyknął śliną i rzekł:

- A pies wam zdradzieckie mordy lizał, psubraty! – splunął jeszcze raz i ulotnił się.

Popiel i Brunhilda poleżeli jeszcze chwilę. Nic się nie działo, więc doszli do wniosku, że i na nich pora. Ktoś usłyszał i zapamiętał fragment ich rozmowy:

Brunhilda: Wiesz co Popielu? Ty to zwykły ciul jesteś!

Popiel: Przebacz mi Brunhildo…

W sumie źle nie skończyli. Brunhilda otworzył w Gnieźnie salon groomerski, a Popiel przekwalifikował się i został kominiarzem. Wystawiał słone rachunki za czyszczenie (a właściwie przetykanie) kominów w kurnych chatach, a kmiecie potulnie płacili…

P.S. Popiel rządził 8 lat. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w historii Państwa, Polki i Polacy byli ignorowani przez władzę (pod względem potrzeb) i budzili zainteresowanie władzy (pod względem kieszeni)…

***

SIEMOWIT – Trzeci (jeśli nie liczyć tyrana Popiela) władca Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR). On to, pierwszy w historii Państwa Polskiego, dokonał skutecznej reformy.

W wieku siedmiu lat został podstrzyżony przez dwóch uchodźców: praprzodka Vidala Sassoona (uszedł z Anglii przed Normanami) i Cyrulika Sewilskiego (czmychnął z opanowanej przez Maurów Sevilli). Po strzyżeniu odbyła się słynna uczta. Siemowit sprawił się bardzo dobrze, zjadł całe prosiątko i wypił beczkę piwa niepasteryzowanego! Nic dziwnego, że skazany był na wielkość.

Kiedy tata Piast odszedł na wieczne odpoczywanie, Siemowit zasiadł na stolcu. Chwilkę posiedział i trochę mu się w dupie poprzewracało. Zerwał się jakby go kornik drukarz ugryzł i zakrzyknął:

- Co za gówno! Nie będę siedział na tym badziewiu!

Dokonał reformy na samym szczycie władzy. Kazał pociąć stolec na zapałki i zakupił śliczny tronik z mięciuchnym siedziskiem wyściełanym arabskim atłasem. Przy okazji nabył jeszcze, w promocyjnej cenie, fikuśny nocniczek z pokrywką i pojemnik na wiechcie do podcierania.

Oprócz tego oficjalnie przybrał tytuł księcia. Dotychczas różnie go nazywano: władyka, naczelnik, komes, prezes, piastun, buc i jak tam kto chciał. Na pieczątce kazał napisać: „Książę Siemowit, syn Piasta, będzie miał pomnik we wszystkich miastach!”

Pomimo napisu na pieczęci, Siemowit nie grzeszył pychą. Mógł przybrać tytuł królewski, a nie uczynił tego. Przeszkodziła skromność i piosenka. Siemowit uczęszczał na szczyty przywódców średniowiecznego G20. Na spotkaniach tych wykonywał (ku uciesze innych darmozjadów) swoją ulubioną piosenkę:

„Takiego piwa nie pił nawet król!
Gul, gul, gul,
Gul, gul, gul,
Piastowski full”!

Gdyby został królem, nie mógłby tak śpiewać i bisować niezliczoną ilość razy!

W sumie Siemowit był spoko władcą. Obciachu nie narobił, więc ościenni kronikarze mord  sobie nim nie wycierali. Po cichutku, bez awantur, przyłączał do Polski różne, mniejsze i większe, zadupia i tylko z żoną miał problemy. Żona, o imieniu Oziębła, ciągle wierciła mu dziurę w brzuchu za to, że nie opuszcza pokrywki nocnika i za to, że nóg nie myje… Jednak Siemowit nie zrażał się. W końcu udało mu się zdybać Oziębłą w łożu i spłodził całkiem udanego syna Lestka.

Chwała mu za to!

***

LESTEK Czwarty (jeśli nie liczyć Popiela) władca Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR). Pierwszy, który przeżył traumę we wczesnej młodości. Ilekroć próbował pobawić się ptaszkiem, nakrywała go mama Oziębła i kazała mu klęczeć na grochu.

Jeżeli chodzi o edukację, to uczył się pilnie w niechrześcijańskiej szkółce niedzielnej. Pisanie i czytanie nie bardzo mu szło, niezłe wyniki osiągał w sztuce obcinania głowy jednym cięciem. Dyplom ukończenia tej uczelni, naskrobany na korze brzozowej, powiesił sobie nad łożem prawym.

Kiedy tata Siemowit odszedł do krainy wiecznego braku absurdów (rok 870), Lestek zasiadł na tronie i szybko zauważył, że niewiele ma do roboty.

Przede wszystkim nie było kogo bić. Szwaby nie wychynęli jeszcze zza Łaby, a Kacapy też nie myśleli wtedy o paktach antypolskich. W tej sytuacji Lestek kazał bić monetę. Takie sobie koślawe denary z obrazkiem, który w równym stopniu przypominał orła, lwa, głowę księcia i PKiN.

Nabił tych monet tyle, że aż od razu żona mu się znalazła. Miała na imię Dudka i była mistrzynią w sztuce kochania władców niebiednych. W inne klocki też była dobra. Lestek dużo czasu spędzał w łożu, a krzyki Dudki umacniały autorytet władcy wśród poddanych. Ucierpiała na tym powierzchnia państwa, bo zadupia już nie były przyłączane tak intensywnie jak za czasów Siemowita.

Podobnie jak ojciec, miał Lestek ulubioną piosenkę, ale wykonywał ją w innych okolicznościach. W MPR nie brakowało ludzi mordujących, gwałcących i kradnących. Tych, którzy nie czynili tego w majestacie prawa, Książę skazywał na karę śmierci. Kiedy skazaniec kładł głowę na pieńku, Lestek śpiewał mu współczująco: „Chwila, która trwa, może być najlepszą z twoich chwil”… Cóż, empatia nie została wynaleziona w XXI wieku.

Lestek wszystkim nie ustępował w zacności, żonę zdradzał sporadycznie, a synowi nadał imię Siemomysł. Tylko jednego marzenia nie spełnił, nigdy nie był w burdelu…

***

SIEMOMYSŁ Piąty (jeśli nie liczyć Popiela) i ostatni władca Minus Pierwszej Rzeczpospolitej (MPR). Był też ostatnim co nie musiał wojować defensywnie. Jest nieoficjalnym patronem polskiego nepotyzmu.

On to, pierwszy z Piastów, jeszcze za życia doczekał się przydomka. Był strasznym zmarzluchem, ciągle mu było zimno i ciągle robił sobie grzańce w kuchni. Rzadko widywano go bez parującego kubka. Tak tak, szybko zyskał przezwisko Grzaniec.

Tatę Lestka martwiło to trochę. Nie był w ciemię bity, więc znalazł sposób. Sprowadził synowi żonę ze Śląska. Była to krzepka dziołcha i miała na imię Gorka (w języku śląskim gorka oznacza tyle samo co gorąca). Po ślubie Siemomysł nie musiał już robić grzańców.

Kiedy Lestek odszedł do pogańskiego raju, Siemomysł tradycyjnie zasiadł na tronie. Panowanie rozpoczął od założenia warzelni soli w Inowrocławiu i organizacji I Festiwalu Pieśni Pogańskiej w Jarocinie. Na tym festiwalu osobiście wykonał swoją ulubioną piosenkę:

Słowiańscy poganie
To jedna rodzina!
Mały czy duży,
Chłopak czy dziewczyna…

Siemomysł dbał też o wzrost powierzchni państwa. Wprawdzie zostawił w spokoju zadupia, ale przyłączył do Polski trzy wygwizdowy. Jeden na zachodzie, jeden na wschodzie i jeden na południu.

Tylko na północ nie pchał się, bo tam było straszno. Ziemie Prusów nadziane były świętymi gajami niczym dobra babka rodzynkami (albo niegdysiejszy licealista szlachetnymi ideami). Takie religijne pole minowe. Prusowie zatłukiwali każdego kto wlazł do takiego gaju, a ciało intruza sprzedawali wg. taryfy: kilo złota za kilo niepatroszonego nieżywca.

Poza tym pojawiły się problemy rodzinne. Pierworodny syn uporczywie twierdził, że tylko ciemność widzi, a prawdziwa awantura wybuchła gdy przyszło wybierać imię dla niego. Siemomysł chciał nazwać następcę Mieszkiem, a żona Gorka upierała się przy nowocześniejszym imieniu Brajanek. Książę postawił na swoim. Mieszko został Mieszkiem. Wściekła Gorka odpowiedziała strajkiem małżeńskim.

Biedny Siemomysł znowu musiał robić grzańce i już do końca życia łaził z parującym kubkiem w dłoni. A że też był trochę mściwy to, na złość żonie, drugiemu synowi nadał imię Czcibor…

***

 

MIESZKO I Władca, który przywłaszczył sobie Minus Pierwszą Rzeczpospolitą (MPR) i przemianował ją na Polskę Piastów. Pierwszy w historii wygłosił orędzie. Ale po kolei…

Mieszko do siódmego roku życia nic nie widział. Dopiero po postrzyżynach, kiedy obcięto mu grzywkę, przejrzał na oczy.

- Super! – zakrzyknął – Nareszcie mogę patrzeć na wszystko!

Patrzył jak tata Siemomysł przyłącza do Polski kolejny wygwizdów, jak użera się z wojewodami i jak cierpi na skutek małżeńskiego strajku mamy Gorkiej… Patrzył, patrzył i w końcu doszedł do wniosku, że nie idzie na to patrzeć.

- Ja se nie pozwolę na takie cyrki! – postanowił

Kiedy Siemomysł, jak to się patetycznie mówi, wyzionął ducha, Mieszko zasiadł na tronie. Posiedział chwilę, podumał, ponakręcał się przeklinaniem i nakazał wezwać wszystkich wojewodów. A gdy zjawili się, wstał i wygłosił krótkie orędzie:

- Słuchajcie no! Państwo to ja! Wszystko jest moje, a wy musicie mnie słuchać. Ślepo słuchać! Bo jak nie… Bo jak nie… – Mieszko stopniował napięcie – Bo jak nie… To powierzę was Papieżowi!

W tym momencie większość słuchaczy narobiła w portki ze strachu. Cóż, w tamtym czasie Papież nie był dobrotliwym starszym panem, którego każdy mógł olewać…

Później Książę sprowadził sobie siedem nałożnic i zatrudnił strażnika łoża, którego, na wszelki wypadek, osobiście wykastrował.

Następnie Mieszko, po raz pierwszy w historii, pozyskał dla Polski Ziemie Odzyskane (oprócz nadzianych świętymi gajami Prus Wschodnich) i wtedy zaczęły się kłopoty.

Szybko zrozumiał, że jeżeli ktoś nabuduje sobie grodów warownych, to prędzej czy później pojawi się ktoś inny, kto zechce te grody zdobywać. W przypadku grodów piastowskich tym ktosiem okazał się pazerny szwabski margrabia Hodon. Najechał on (konno) prastare ziemie, bo już od niejakiego czasu ostrzył sobie na nie zęby. Miał również chrapkę na koślawe srebrne denary, których w Polsce było dużo. Zamierzał je, jak to Niemcy mają w zwyczaju, zrabować i przeznaczyć na własne potrzeby.

Na szczęście miał ci Mieszko mieczów dostatek, a jego rycerze potrafili posługiwać się nimi. Pod Cedynią (972r.) otrzymał Hodo należny mu łomot i musiał, jak niepyszny, wrócić do domu by rany sobie wylizać.

Ale już wcześniej nie było wesoło. Z lewej góry napierali Wieleci, z prawej góry Prusowie (zaminowani świętymi gajami), z lewego boku wspomniani  agresywni Niemcy, a od dołu kłuli Czesi pod wodzą bardzo nieśmiesznego Pepika Bolesława Srogiego.

-No tak – pomyślał Mieszko – bez polityki nie obejdzie się!

Miał on ci (w średniowieczu ludzie miewali niejedno ci) doradcę polityczno – religijnego o imieniu Bojan. Uczony ów mąż rozeznawał się w stosunkach międzynarodowych i międzyludzkich, a wszystkie religie miał w małym palcu, chociaż sam nie wyznawał żadnej. Był takim bezwyznaniowym książęcym kapelanem, który po każdym zdaniu musiał zwilżać gardło.

Mieszko wezwał Bojana, polał mu szczodrze i zadał tradycyjne pytanie:

- Co czynić?

Bojan długo rozważał plusy dodatnie, brał pod uwagę plusy ujemne, a Książę cierpliwie wysyłał sługę po kolejne gąsiorki. Wreszcie plan był gotowy:

- Przykro mi , Książę, ale w trybie pogańskim i bezżennym nie dasz sobie rady. Zjedzą cię sąsiedzi… polej… Musisz ożenić się i ochrzcić! Niemcy nie nadają się na teściów, bo ich córki urodą raczej nie porażają… polej… Smal cholewki do Dobrawy…

- Dobrawy?

- Przecież ją znasz! To córka tego upierdliwego Pepika Bolesława Srogiego. Jest wprawdzie trochę moherowa i nie tak śliczna jak Helenka Vondrackova kiedyś była, ale… polej… ale za to dobrze przygotuje cię do chrztu. Poza tym, przyjedzie z nią biskup Jordan i chrztu ci udzieli…

- Jak to? Michael Jordan biskupem został?

- Polej… Na to wygląda. Tylko nie bądź sknera i nie rób ślubu i chrztu tego samego dnia. Dwie imprezy mają być!

Mieszko posłuchał rady Bojana. Ożenił się, powierzył duszę Papieżowi i dzięki temu Polska wkręciła się w zachodni krąg kultury chrześcijańskiej.

Szybko okazało się, że Różaniec odmawiany po czesku brzmi zabawnie tylko do pewnego momentu. Pierwsze nie wytrzymały książęce nałożnice, oddaliły się w siną dal. Odszedł też wykastrowany Strażnik Łoża. Zawędrował do Przemyśla i tam otworzył sklep ze sztucznymi klejnotami i innymi bajerami.

Dobrawa, niestety, długo nie pociągła. Po jej śmierci, Mieszko ożenił się z Odą. Nie zrobił tego tylko dla seksu, zdecydował się na niemieckiego teścia, bo tego wymagała racja stanu, a Bojan i Mieszko nie byli krowami, więc czasami zmieniali poglądy.

Mieszko, niestety, nie był najpotężniejszy w Europie. Zwłaszcza od cesarza niemieckiego nie był potężniejszy. Musiał lawirować, kombinować i knuć. Wykorzystywał kłótnie trwające w cesarstwie, Czechów wysyłał na pierwszą linię, a sam udawał niewiniątko. Dzięki temu Czesi obudzili się z ręką w nocniku, a Mieszko zdobył Śląsk i Małopolskę.

Mieszko napłodził sporo dzieci. Trochę z Dobrawą, trochę z Odą. Najbardziej żądnym władzy okazał się Bolesław (nazwany później Chrobrym).

Pod koniec życia Książę wysłał do Papieża list zatytułowany dziwacznie „Dagome iudex”. Po co go wysłał i co w nim napisał? Tego nawet ja nie wiem. Niektórzy twierdzą, że pod koniec życia Mieszko cierpiał na gorączkę…

***

 

BOLESŁAW CHROBRY Pierwszy król Polski, nieźle zaważył u szczytu kariery.

W dzieciństwie tata Mieszko, z podjudzenia macochy Ody, wysłał go na roboty do Niemiec. Na szczęście Bolek nie musiał zaiwaniać u bauera przy karczochach. Jego praca polegała na niańczeniu szczyla o kabaretowym imieniu Otto. Chrobry nauczył go  niezbyt wulgarnego przekleństwa „wciórności!” i sprawdziło się stare polskie przysłowie „Nauczyć gówniarza to chodzi i powtarza”.

Otto używał tego wyrażenia przy każdej okazji i dzięki temu zyskał sławę, szacunek i nabożny wręcz podziw w całym Świętym Cesarstwie Rzymskim. W wieku trzech lat został królem Niemiec, a nieco później – cesarzem tego całego zwyrodniałego Świętego Cesarstwa. Piszę o tym tylko dlatego (wszak nie jest to poczet moherowych cesarzy) by uzmysłowić, że błyskotliwa kariera Ottona jest wyłączną zasługą utalentowanego pedagogicznie Bolesława.

W roku 984 Chrobry pojechał na urlop do Polski i już do Niemiec nie wrócił. W pewnym przybytku zdarzyło mu się zażyć rozkoszy cielesnej i wtedy zrozumiał, że od bawienia cudzych dzieci o wiele przyjemniejsze jest robienie własnych. Jednak w łożu okazał się cienkim bolkiem. Miał cztery żony, a spłodził tylko siódemkę dzieci…

W innych sprawach miał szczęście. Dwie śmierci wyniosły go na sam szczyt. Najpierw kopnął w kalendarz tata Mieszko. Bolesław błyskawicznie przejął władzę i w pierwszej kolejności rozprawił się z macochą Odą.

- Do piczy z tą pipą! – Zakrzyknął po polsko – czesku (wszak był synem Polaka i Czeszki). Potem, nie bacząc na kwiczenie macochy i przyrodniego rodzeństwa, wygnał ich na poniewierkę w niemieckich klasztorach.

Druga śmierć przytrafiła się biskupowi Wojciechowi (997r.). Biskup za życia był Czechem i apostołem Prus, a po śmierci został patronem Polski. Zginął na ziemi pruskiej w pruskim świętym gaju. Jego śmierć okazała się niezwykle korzystna dla Chrobrego. Wprawdzie za ciało męczennika musiał Chrobry wybulić kilkadziesiąt kilogramów złota (plus wdowi grosz), ale szybko okazało się, że towar wart był ceny.

Po pierwsze. O tym wydarzeniu trąbiły wszystkie ówczesne europejskie media.

Po drugie. Dwa lata później Wojciech ogłoszony został świętym. Jego kości zyskały status relikwii.

Po trzecie. Cesarz ( wspomniany wcześniej Otto) był moherem i lubił pielgrzymować.

Po czwarte. Bolesław Chrobry mógł zaprosić Ottona na pielgrzymkę do grobu św. Wojciecha i na imprezkę z okazji Millenium.

Po piąte. Cesarz Otto zwariował i zachciało mu się tworzyć coś na kształt Unii Europejskiej…

Kiedy więc stuknięty cesarz przypielgrzymował wreszcie do Gniezna (spóźnił się haniebnie, bo miał być na Sylwestra, a dotarł dopiero w marcu – jakoś tym razem przysłowiowa niemiecka punktualność nie wypaliła), mistrz ceremonii zaanonsował go następująco:

- Otto przybył Oto!

Uroczystości, modły i ochlaje trwały osiem dni. W tym czasie Chrobry dwa razy podał Ottonowi rękę. Pierwszy raz (na powitanie i na krótko) swoją własną dłoń, drugi raz (w ramach prezentu i na zawsze) dłoń świętego męczennika Wojciecha.

Cesarz, w ramach rewanżu, wręczył Bolesławowi podróbkę włóczni św. Maurycego i pozwolił mu chwilę poparadować w cesarskim diademie. Jako że Otto nazywał Chrobrego stryjkiem, wtedy właśnie powstała pierwsza wersja znanego powiedzenia: „Zamienił stryjek relikwię na kijek” 

Poza tym, w trakcie rozlicznych imprez, okazało się że Różaniec odmawiany w języku niemieckim brzmi jak jakaś przysięga w SS czy innym SA. Stało się też tak, że prastara piastowska ziemia, po raz pierwszy w historii, zaczęła nosić rodzimego arcybiskupa. Ów rodzimy arcybiskup nie nazywał się Rodzim tylko Radzim (a nawet Gaudenty) i był także Czechem i bratem św. Wojciecha (bracia po czesku to „dwa Pepiczki z jednej piczki”).

Wtedy też ujawniła się szajba cesarza. Planował on utworzyć cesarstwo uniwersalistyczne (taką zacofaną Unię Europejską) obejmujące Sclavinię, Germanię, Galię i Romę. Chciał żeby Chrobry pomagał mu i został dla niego tym czym w przyszłości Tusk będzie dla Merkel.

Bolesław udawał, że zgadza się na wszystko, bo nie chciał szczylowi (cesarz nie był jeszcze pełnoletni) sprawiać przykrości. Nie powiedział mu nawet (choć wiedział), że z tych planów wyjdzie gówno i że takie utopijne idee dobre będą dopiero w drugiej połowie XX wieku. Póki co, należy zajmować się podbojami, łupiestwem i rabunkiem. Chrobry nie powiedział tego cesarzowi, ale tak myślał i tak później czynił.

Kiedy Otto wreszcie odjechał, Chrobry postanowił zadbać o swoje uzbrojenie. Uznał, że samą włócznią niewiele zwojuje i że przydałby się również miecz. W owym czasie najlepszym miecznikiem był niejaki Hawranek i u niego Bolesław obstalował miecz nazwany później Szczerbcem.

Stało się tedy, że Maurycy i Hawranek zgodnie patronowali uzbrojeniu Bolesława Chrobrego.

Jeszcze przez dwa lata (niecałe) musiał Chrobry udawać entuzjazm odnośnie planów cesarza. Na szczęście w 1002 roku spotkała Ottona przykrość pod Rzymem. Najpierw umarł na malarię, potem dostał niestrawności, a na koniec został jeszcze otruty przez późniejszego Henryka II. Późniejszy Henryk II był łotrem, szubrawcem i nieźle zalazł za skórę Chrobremu.

Najpierw jednak Chrobry zalazł za skórę Henrykowi. Wskoczył mianowicie na konia i przy pomocy Włóczni Maurycego, Szczerbca Hawranka i swojego wojska, zdobył Milsko, Miśnię i Łużyce. Zdobycie miało miejsce w 1002 roku i poskutkowało wojnami chrobro – cesarskimi trwającymi aż do roku 1018.

Mała dygresja. Widać wyraźnie, że niemieccy cesarze przyczepili się do Chrobrego jak gówno do koszuli. Przykre to jest, bo nie da się jednego akapitu napisać bez ich obmierzłego udziału. A trzeba jeszcze nadmienić, że pod koniec życia Bolesława pojawił się kolejny cesarz (Konrad II) i też nie dało się go do rany przyłożyć. Koniec dygresji.

Owe wojny były prowadzone w bardzo bałaganiarski sposób. Tak bałaganiarski, że właściwie nie sposób ustalić kto komu dał łupnia. Tym bardziej, że (w międzyczasie) Bolesław wojował w Czechach, a Henryk (też w międzyczasie) toczył boje gdzieś tam w makaroniarskich i żabojadzkich stronach. W każdym bądź razie, kiedy nastał zawarty w Budziszynie pokój (1018r.), okazało się, że sytuacja niczym nie różni się od tej sprzed zawieruchy (jeśli nie liczyć trupów, ruin, zgliszczy i pustych skarbców obu adwersarzy). W zasadzie jedynym skutkiem historycznym były dwa śluby: najpierw Mieszko (syn Chrobrego) hajtnął się z Rychezą, a później sam Chrobry pojął za żonę Odę.

Innych dochodów wojny nie przyniosły. Chrobry zajrzał do skarbca i zobaczył, że nie stać go nawet na waciki. Wtedy skierował swe dumne spojrzenie na wschód. Miał on ci zięcia Świętopełka, który akurat utracił władzę na Rusi Kijowskiej. Kijów, w owym czasie, był miastem przebogatym. Takie, dajmy na to, Gniezno wyglądało przy nim jak sławojka przy Pałacu Kultury i Nauki.

Bolesław ponownie zebrał zastępy i ruszył odzyskiwać władzę dla nieudacznika. Po drodze (pod Wołyniem) rozgromił wojska Jarosława Mądrego (sic!) i Kijów stanął przed nim bezbronny. Nie musiał nawet Szczerbca szczerbić o bramę tego miasta.

Powiadają, że kiedy pierwszy wóz z łupami wjeżdżał już do Gniezna, to ostatni dopiero wyjeżdżał z Kijowa. Było tego tyle. że Chrobry spokojnie mógł otworzyć sieć sklepów z używanymi skarbami.

Wkrótce nieudaczny zięć Świętopełk znowu utracił władzę, ale Chrobry miał to już gdzieś. Zbrzydło mu wojowanie. Nadwyżkę budżetową miał zapewnioną na wiele lat (konkretnie na 13), więc wolał zająć się konsumpcją. Tym bardziej, że z Kijowa przywiózł sobie nałożnicę – siostrę Jarosława Mądrego, Przedsławę…

Konsumpcyjny styl życia Chrobrego sprawił, że jego ekscesy prawo- i lewołożowe wydarzały się coraz bardziej sporadycznie. W końcu doigrał się i przyszedł czas, że już tylko waga pod nim jęczała…

- No nie mam lekko – pomyślał wtedy – Skoro potencja zanikła, to trzeba wzmocnić majestat!

Ale jak? Bolesław odziedziczył ci (po tacie Mieszku) doradcę polityczno – religijnego o imieniu Bojan. Uczony ów mąż w małym palcu lewej ręki przechowywał całą światową wiedzę, a w dużym paluchu prawej nogi – podagrę.

Mała dygresja. Oprócz całej wiedzy światowej były też rzeczy o których poinformowany był tylko Bojan. Wiedział, między innymi, co w przyszłości zrobi niejaki Zygmunt III Waza. Dlatego legalnie, drogą kupna, wszedł w posiadanie pewnych terenów po dwóch stronach Wisły. Przepłacił nawet trochę, bo Mazowszanie żądali dziewiętnastu koślawych denarów, a on dał dwadzieścia… Wydał jeszcze sto denarów na oblewanie transakcji, ale nie o to chodzi… Niech no tylko Bojan przypomni sobie gdzie schował akty własności!… Koniec dygresji.

Chrobry zaprosił Bojana na naradę i kiedy ten przybył, zadał mu tradycyjne pytanie:

- Cóż czynić?

Bojan zamyślił się głęboko. Trzeba wiedzieć, że oprócz starych obowiązków (zwilżanie gardła po każdym zdaniu), przyjął on na swoje barki jeszcze dodatkowe: po każdej myśli musiał oliwić maszynerię. Bolesław wiedział o tym i cierpliwie dolewał mu do kielicha. Wreszcie analiza się skończyła.

- Musisz, Książę, koronować się na króla!

- Ja nie chcę być królem! Nawet w bajkach król to przeważnie stary pierdoła jest. Nie potrafi głupiego smoka zabić! Musi płacić smokobójcom ręką księżniczki i połową królestwa. Co innego książę na białym koniu…

- E tam… To tylko bajki. Smoków już nie ma, ostatniego Krakusy załatwili… Musisz zostać królem teraz, póki sytuacja sprzyja. Papież nie będzie fikał, bo nasze koślawe denary mu nie śmierdzą… Jedynie szwabski cesarz może sprzeciwić się, ale zanim jego sprzeciw tu dotrze, minie ładnych parę miesięcy… Na szczęście nie mają jeszcze odrzutowych meserszmitów. Poza tym koronacja to głupstwo. Mamy inny problem, znacznie poważniejszy…

- Jaki?

- Nie wiadomo czy Barnaba to imię męskie czy żeńskie…

- Żeńskie, ma „a” na końcu…

- Niby tak… Ale wyobraź sobie… Masz kochankę o tym imieniu, jak to będzie brzmiało „Idę pokochać się z Barnabą”?

- No faktycznie, może się odechcieć…

- Właśnie! Bardziej to imię pasuje do jakiegoś wrednego sąsiada, „nie ma już gorszego draba, niźli sąsiad mój, Barnaba”!

- Dobra. Uznajemy Barnabę za imię męskie. A co z koronacją?

- Zrób to! Korona ci z głowy nie spadnie…

To tyle jeżeli chodzi o Bolesława Chrobrego. Teraz bierzemy banknot z jego podobizną i udajemy się do monopolowego. Na początek Chrobry wystarczy…

***

 

MIESZKO II

Kiedy niezdrowy tryb życia wpędził Bolesława Chrobrego w zaświaty, na piastowskim tronie zasiadł Mieszko II (1025r.) – niepierworodny syn swojego ojca i pechowiec najwyższej klasy.

Nie da się ukryć, że Mieszko bardzo pomagał swojemu pechowi. Najpierw zorganizował wystawną koronację, która ogołociła skarbiec (sam arcybiskup wziął 30 mieszków koślawych denarów za religijną celebrę), a później popełnił gruby błąd odnośnie swoich braci przyrodnich.

Zamiast wysłać ich tam, gdzie poszedł tata Chrobry, okazał litościwą głupotę i jednego (Bezpryma) wygnał na wschód, a drugiego (Ottona) na zachód. I nawet ich nie oślepił!

Jeszcze później zorganizował dwie łupieżcze wyprawy do Saksonii i spustoszył ten land doszczętnie (podobno nawet trawę wykosił i zabrał). Tym czynem zdenerwował niemieckiego cesarza Konrada II.

Trzeba też pamiętać, że Mieszko odziedziczył po ojcu nienawiść ze strony władcy Rusi Kijowskiej – Jarosława Mądrego. Władcy o tym imieniu nie odpuszczają win bez odpowiedniej pokuty i potrafią czekać na sprzyjające okoliczności…

Stało się tedy, że z zachodu najechał Polskę Konrad II, ze wschodu Jarosław Mądry, a w kraju też nie działo się dobrze. W kraju zawiązał się KOP (Komitet Obrony Pogaństwa) i jego zwolennicy narobili niezłego rozpiździaju! Głównie tępili kler i chcieli dorwać Króla… Korzystając z zamieszania władzę przejął Bezprym.

Położenie Mieszka zrobiło się tragiczne. Najgorsze, że nie mógł skorzystać z usług swojego doradcy polityczno – religijnego. Akurat w tym czasie Uczony Mąż Bojan udał się do wód na jakąś kurację… Król nie miał innego wyjścia – musiał spieprzać. Po azyl wyruszył do Czech. Niestety, władca tego kraiku – Uldaryk, również miał jakieś zadawnione żale. Uwięził Mieszka i pozbawił go klejnotów (konkretnie dwóch klejnotów, tych najważniejszych). Tak to, w stanie niekompletnym, wylądował były Król Polski w lochu, ale nie użalał się nad sobą. Myślał sobie tak:

” No cóż… Straciłem koronę, władzę, klejnoty… Pies drapał koronę… i tak wyglądała jak pudełko po butach Anny Lewandowskiej… Władzę kiedyś odzyskam… odzyskam i zemszczę się… Klejnotów nie odzyskam… ale co tam… Moje imię jakieś takie… ani męskie… ani żeńskie…jakby rodzaju nijakiego… Nawet pasuje do sytuacji płciowej… Summa summarum, szklanka w połowie jest pełna… Kurwa mać”!…

Dobrze chłop(?) myślał. Wkrótce Bojan powrócił z kuracji i zakulisowo wydostał Mieszka z lochu. Zmusił go też do zaprzestania powielania starych błędów. Uzurpator Bezprym zszedł z tego świata w sposób gwałtowny, a Mieszkowi nic nie udowodniono.

Jednak sytuacja nadal była niełatwa. Szwabski cesarz narzucił Polsce trójpodział władzy. Podzielił kraj pomiędzy Mieszka, Ottona i jakiegoś Dytryka (rzekomo kuzyna Mieszka). Szwab wiedział co robi, lepiej mieć do czynienia z trzema słabeuszami niż z jednym siłaczem.

Ale nie z Mieszkiem (wspieranym przez Bojana) takie numery. Otto szybko i grzecznie opuścił ten padół łez, a Dytryk nawet nie dotarł do Polski by objąć swoją część władzy.

Mieszko znalazł się na najlepszej drodze do odzyskania dawnej potęgi. Niestety, pech o nim nie zapomniał: biedakowi zmarło się znienacka (1034r.)…

Biedna żona, Rycheza, odetchnęła z ulgą, bo po powrocie z Czech, mąż postępował niczym pies ogrodnika… Jej życie intymne ograniczało się do wysłuchiwania rzewnej piosenki. Mieszko lubił upijać się na smutno i wtedy śpiewał:

„Czesi mi odjęli
Moje biedne jaja
I je (przy niedzieli)
Wciepli do ruczaja.
Hej, hej”…

***

 

BEZPRYM

Najstarszy syn Bolesława Chrobrego. Znakomita ilustracja powiedzenia „Pierwsze śliwki robaczywki”.

W młodości szlajał się trochę po Europie i na skutek tego szlajania (albo pomimo) trafił do klasztoru. Zakonnikiem był dobrym. Do jego obowiązków należało napełnianie kielichów i czynił to perfekcyjnie. Wiele lat polewał i nie uronił nawet jednej kropli! Sam papież Sylwester II nie krył podziwu dla jego umiejętności i w sylwestra 999r. uhonorował go świecko – religijnym tytułem „Polewacz Tysiąclecia”.

Sukces uderzył Bezprymowi do głowy i mocno poprzewracał mu w dupie. Opuścił klasztor i poszedł zadziałać na szczytach władzy. Jako początkujący musiał najpierw zaistnieć w strukturach lokalnych.

Mała dygresja. Tatuś Bezpryma (Bolesław Chrobry) był Polakoczechem, a mamusia (Księżniczka Karolda) – Węgierką. Dzięki temu Bezprym posiadał obywatelstwo całej Grupy Wyszehradzkiej i prawo do bycia krewnym i znajomym króliczka. Koniec dygresji.

Stało się tedy, że wystartował w wyborach na żupana węgierskiego grodu i wygrał, bo nie miał z kim przegrać. Dzisiaj ten gród nazywa się Veszprem, jako że kronikarze nieco zniekształcili  nazwę nadaną przez Bezpryma.

Rządy jego ociekały troszkę krwią, dlatego Węgrzy musieli wzbogacić swoje słownictwo. Dotychczas nie posiadali określenia na ludzi pokroju Bezpryma, więc wymyślili słowo „fasz”. Na szczęście krótko tam rządził i przyjaźń polsko – węgierska przetrwała…

Później wylądował na Śląsku. Też na krótko, ale Hanysy zdążyli wymyśleć aż dwa słowa: „ciul” i „gorol”…

Zyskawszy takie doświadczenia, Bezprym uznał, że nadaje się już na władcę Polski. Akurat Bolesław Chrobry przeszedł w stan oczekiwania na umieszczenie swojej podobizny na banknocie 20zł, więc tron był wolny. Jednak Mieszko II okazał się szybszy i skuteczniejszy, dla Bezpryma pozostało stanowisko lidera totalnej opozycji.

Trzeba przyznać, że pokazał mistrzostwo w zdradzieckich poczynaniach. Nie było wtedy Internetu i Facebooka, a on potrafił skoordynować działania szwabskiego cesarza Konrada II, kijowskiego księcia Jarosława Mądrego i mącącego w kraju KOP-u (Komitetu Obrony Pogaństwa)!

Zgrabnie wysiudał Mieszka II z tronu i sam zajął jego miejsce. W pierwszej kolejności zapakował do torebki Rychezy (żony obalonego króla) polskie insygnia koronacyjne i, wraz z właścicielką tej torebki, odesłał je cesarzowi. Później zaczął rządzić, czyli tępić swoich przeciwników.

Wprawdzie ani się umywał do Hitlera czy Stalina, ale i tak zasłużył sobie na marny koniec. Polacy nie bawili się w wymyślanie nowych słów, wzięli i skrócili dziada o głowę…

 

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.